Robinson Kruzoe
Śpieszyłem do domu jak mogłem, pomimo dokuczającego cierpienia, lecz dopiero wieczorem ukazała się luba zagroda. Mimo najgorętszego pragnienia nie można było myśleć o roznieceniu ognia, bo do tego potrzeba próchna lub hubki, suchych liści i gałązek, a tego wszystkiego nie było.
Szukać po nocy niepodobna, tym bardziej ze zranioną nogą. Trzeba wszystko odłożyć do jutra.
Kładąc się spać, gdy jak zwykle ukląkłem do pacierza, zacząłem rozważać - jak wyraźnie Stwórca opiekuje się mną: oto od czasu powstania z choroby już drugiego wielkiego doznałem dobrodziejstwa.
Najpierw niewiadomym sposobem przybłąkały się do mnie kozy,
których mleko było dla mnie dobroczynnym balsamem w cierpieniu.
Teraz znowu ogień, do którego tak długo i nadaremnie tęskniłem, niespodziewanie się zjawia. Ze łzami dziękowałem Stwórcy i przepełniony radością usnąłem.
Któż nie domyśli się, że na drugi dzień rano pierwszą moją myślą było rozniecenie ognia. Co chwila budziłem się w nocy, bo mi szczęście spać nie dawało, a gdym zasnął, wciąż mi się śniło, że siedzę przed wielkim płomieniem. Od czasu zamieszkania na wyspie nie doświadczyłem takiej radości.
Ale znać podobało się Panu Bogu wystawić mnie na ciężką próbę. Już w nocy uczułem mocny ból w nodze, a kiedy ją z rana obejrzałem, cała podeszwa była spuchnięta. Pomimo moczenia w wodzie, przez cztery dni stąpać nie mogłem. Gdyby nie zapas żywności, głód byłby mi się dał dobrze we znaki.
Przez ten czas zajmowałem się sporządzaniem nowego parasola. Stary, zrobiony z kokosowych liści, był dość dobrą ochroną od promieni słonecznych, lecz podczas deszczu na nic się nie zdał. Doświadczyłem tego w czasie pory zimowej i dawno już trzeba było coś innego wymyślić, lecz dzień za dniem schodził na innych robotach, później zaś trzęsienie ziemi, sprzątanie jaskini, choroba przeszkodziły mi w tym. Także brak skórek, z których miał być nowy parasol zrobiony, był przeszkodą.
Sporządziłem go z cienkich gałązek bambusowych. Zajęcze skórki dostarczyły pokrycia, lecz największą trudność stanowiło otwieranie i zamykanie. Udało mi się je pokonać, ale z jakimż mozołem: ani sprężyn, ani drutów, ani zgoła najmniejszego nie posiadając narzędzia, wymyśliłem przecież rodzaj baldachimu, niewyglądającego paradnie i psującego się często, ale i z tego byłem bardzo zadowolony.
Po zabliźnieniu się rany poszedłem do lasu, aby poszukać hubki. Zamiast niej znalazłem pień wypróchniały. Zebrawszy czyr*, wysuszyłem go na słońcu. Porywam stal i krzemień, krzeszę ogień, padają iskry, jedna chwyta się czyru. Dmucham, serce bije mi gwałtownie, płomienia wzniecić nie mogę... O, Boże mój! Boże, czyżby wszystko miało spełznąć na niczym... Na koniec wybucha płomień, zapalają się suche listki... gałązki...
Na ten widok jakieś dziwne osłabienie owładnęło mną. Zdawało się, że mdleję. Ten ogień wydawał mi się czymś tak kosztownym, że nie zdołam tego wypowiedzieć. Biegłem jak szalony, znosząc gałązki, drzewo, krzewy. Zdaje mi się, że spaliłbym cały las. Olbrzymi płomień bije w górę. Dym wznosi się ponad szczyty skały. Tańczę, biegam, skaczę z radości koło ognia, nareszcie łzami zalany padam na kolana, dziękując Stwórcy za to dobrodziejstwo.
Wy, lube dziatki, używając wszelkich wygód w domu rodzicielskim, nie zdołacie pojąć szczęścia biednego wygnańca, który po ośmiu miesiącach życia pełnego niewygód ujrzał na koniec płonący ogień i cieszył się, że wreszcie ciepłą strawą będzie mógł pokrzepić znużone ciało.
Chciałem napić się gorącego mleka. Wydoiłem więc kozę i przystawiłem je w muszli do ognia. Po chwili muszla pękła z trzaskiem, a popiół uraczył się moim przysmakiem. To mnie bardzo zasmuciło, lecz nie tracąc czasu, porywam kawał drzewa, zaostrzam go, pakuję wczoraj zabitego zajączka i piekę. Przyjemna woń pieczonego mięsa napełniła powietrze, zaledwie miałem cierpliwość doczekać się, aż będzie gotowe.
Zajadając zajączka wyobraziłem sobie, że jestem na uczcie królewskiej. Cóż to za smak wyborny! Teraz nie zdołam wyobrazić sobie, jak mogłem jeść surowe mięso jak wilki? Ach, czyż może być większe dobrodziejstwo od ognia!
Wyznam ze wstydem, że rozłakomiony smakiem mięsa, już zamyślałem poświęcić mego koziołka na pieczeń. Lecz oburzyła mnie ta niewdzięczność.
- Jak to, biedne stworzenie przyszło szukać u ciebie schronienia, a ty w dowód prawdziwej gościnności chcesz je wsadzić na rożen? To bardzo brzydko, panie Robinsonie. Ot, nie leń się, weź łuk i strzały i idź na polowanie. Są kozy w lesie, będziesz miał pieczeń, a nie okażesz się okrutnikiem.
- Tak, ale mi tymczasem ogień wygaśnie.
- Nanoś więc grubszych gałęzi, ostatni huragan niemało ich natrzaskał. A zresztą choćby ogień wygasł, masz krzesiwo i krzemień, to znowu rozniecisz.
- A jak się nie uda?
- Udało się raz, to uda się i drugi. To są tylko wymówki i nic więcej. Marsz do lasu, będziesz miał kozią pieczeń, a może i rosół. Widziałem pod skałą glinę, z gliny garnki robią garncarze, masz teraz i ogień, możesz wypalić. Próbowałeś murarki, ciesiołki, szewstwa, krawiectwa, byłeś dość zręcznym parasolnikiem, może też i garncarstwu podołasz.
- Nie tak łatwo, a gdzież kółko garncarskie?
- Nie wymawiaj się, kochaneczku, nie święci garnki lepią, a bez pracy nie będzie kołaczy ani też pieczone gołąbki nie przyjdą same do gąbki. Trzeba troszeczkę czoła zapocić.
W ten sposób prowadziłem sam z sobą dyskurs. Kto by słuchał z boku, mógłby się naśmiać potężnie. Często w mej duszy odzywały się dwa różne głosy: jeden, przedstawiający moje lenistwo, wątpienie i wszystkie złe nałogi; drugi surowy, karcący każdą złą myśl, nieprzepuszczający najmniejszego przewinienia. Ile razy zachodziła między nimi sprzeczka, ten drugi miał zupełną słuszność i z łatwością obalał wszystkie wymówki lenistwa. Poznałem, że był to głos sumienia, głos prawdy i zawsze w końcu szedłem za jego radą.
I teraz, zabrawszy łuk i strzały, nie ociągając się dłużej, poszedłem do lasu z głową nabitą garncarstwem. Ma się rozumieć, że przed odejściem naznosiłem na ogień dużo drzewa, a kozy zamknąłem w stajence.
"Przypadki Robinsona Kruzoe" - fragment
|